Spojrzałam na psa, niepewnie. W moich oczach coś błysnęło. Poczułam do niego sympatię.
- Cieszę się że podzielasz moje zdanie - powiedziałam po chwili.
- Przecież nic nie powiedziałem - zdziwił się Delgado.
- Milczysz. Mnie to wystarcza. To jest tak zwana wymowna chwila. Dobra, ja idę. Ciemno już.
- Czemu? Dokąd idziesz?
- Do jaskini. Nie będę zawracać Ci głowy - wstałam i zaczęłam odchodzić.
- Wcale nie zawracasz mi głowy - powiedział pies podbiegając do mnie.
- Nie udawaj - odparłam i z uśmiechem na niego spojrzałam.
- Nie mogę cię rozgryźć. Dlaczego wszystko przyjmujesz z takim spokojem?
- Bo mnie nie zależy - spuściłam łeb, i podkuliłam ogon. - Widzisz straciłam kogoś. A raczej tracę... a jak się kogoś traci to później niektóre rzeczy są dla Ciebie obojętne. Dlatego właśnie nie zdenerwowałabym się gdybyś nie chciał spędzać ze mną czasu.
- O czym ty mówisz?
- To bardzo proste. Ja już nie mam po co żyć. A jednak żyję. To jest dla mnie tortura. Dlatego, nie ważne czy złapią mnie ludzie, czy napadną, czy zaatakują wilki... - westchnęłam - to się już dla mnie nie liczy.
- Ej, sama mi przed chwilą powiedziałaś: czasem w życiu trzeba jednak walczyć dalej.
Podniosłam łeb i z uśmiechem spojrzałam na psa. W oczach kręciły mi się łzy.
- Widzisz, są dwa wyjaśnienia tego zdania. Pierwsze: nie poddawaj się i walcz o miłość i o swoje. Drugie: walcz dla tego kogoś, i żyj dla niego. Wiesz, ja już nie mam dla kogo walczyć... - uśmiechnęłam się i zaczęłam się oddalać. Później puściłam się biegiem. Tak, pomyślałam, nie mam dla kogo żyć, bo chciałam żyć dla Ciebie...
<Delgado?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz